Powstanie Wielkopolskie w rejonie wolsztyńskim i w Wolsztynie
1 9 1 8  -  1 9 1 9  r.

     Nadszedł październik 1918 roku. Dni stawały się coraz krótsze. Z niecierpliwością oczekiwano załamania się potęgi niemieckiej. W tym właśnie czasie rozpoczęto w Wolsztynie intensywne prace organizacyjne. Polska ludność miasta, której nieobojętny był los tych ziem, zaczęła skupiać się w tajnych towarzystwach i organizacjach. Ich celem było przyłączenie miasta i okolicznych terenów do odradzającej się Polski. Właśnie wtedy, w połowie października założono tutaj tajne Towarzystwo "Sokół", którego prezesem wybrano Witalisa Skibińskiego. Zebrania i ćwiczenia członków Towarzystwa odbywały się w lokalu W. Schuetza.
     Wreszcie 11 listopada 1918 r. nadszedł upragniony koniec wojny. Po trzydniowych pertraktacjach Focha z delegacją niemiecką pod przewodnictwem Erzbergera, w Compiegne podpisane zostało zawieszenie broni. Całą Europę zaczął ogarniać duch rewolucyjny, który dotarł również na ziemie wolztyńskie. 

     Już 13 listopada 1918 r., z inicjatywy powracających z frontu niemieckich żołnierzy, utworzona została w Wolsztynie rewolucyjna Rada Żołniersko-Robotnicza, której siedziba mieściła się w budynku Mleczarni. Skład Rady w zdecydowanej większości tworzyli Niemcy, co oczywiście budziło niezadowolenie strony polskiej. Naciski Polaków (m.in. starania pana Buszkiewicza, pełniącego służbę na intendenturze) spowodowały jednak, iz wkrótce do Rady przyjęto w połowie polskich reprezentantów w osobach: p. Buszkiewicz,  p. Franciszek Ceglarek, p. J Barski i p. Piotrowski. Mimo tego zabiegu, nie udało się, przynajmniej na razie postawić władzy administracyjnej pod kontrolą doradców polskich, jak to miało miejsce w innych miasteczkach.
     20 listopada 1918 r. w Poznaniu odbył się zjazd delegatów rad robotniczych i żołnierskich z całej prowincji.
     Dwa dni później, 22 listopada 1918 r. na zebraniu w Wolsztynie wybrano tymczasowy skład polskiej Powiatowej Rady Ludowej, stanowiącej swoistą przeciwwagę dla Rady Robotniczo-Żołnierskiej. Ponadto spośród członków Rady Ludowej wytypowano tzw. mężów zaufania, mających pełnić kontrolę nad poszczególnymi urzędnikami niemieckimi zajmującymi stanowiska kierownicze, np. burmistrza, starosty, itp. 
     Do Rady Ludowej należeli m. in.: p. Ignacy Kaczmarek, p. Wincenty Lewandowski i p. Witalis Skibiński. Rada było organizacją nielegalną stąd jej zebrania odbywały się w wielkiej tajemnicy. Miejscem spotkań jej członków była cukiernia pana Łagowskiego przy Rynku.

     W dniu 24 listopada 1918 r. w ogrodzie Strzelnicy w Wolsztynie odbył się wiec ludności polskiej z udziałem kilku tysięcy osób. Całej uroczystości przewodniczył ks. proboszcz Zygarłowski z Wolsztyna. Na wiecu tym zatwierdzono skład Powiatowej Rady Ludowej powiatu babimojskiego, obwodu wolsztyńskiego oraz kandydatury delegatów na sejm dzielnicowy w Poznaniu.
      Zebrani przyjęli także rezolucję o następującej treści:
"My Polacy, zamieszkali na kresach Księstwa, na prastarej ziemi   nadobrzanskiej, zgromadzeni dziś w Wolsztynie, oświadczamy uroczyście, że mimo wiekowej niewoli, mimo podłych zapędów germanizacyjnych rządu pruskiego, czujemy się Polakami do szpiku kości, czujemy się dziećmi 25 milionowego narodu. Żądamy stanowczo, by nas przyłączono do Wolnej Zjednoczonej Polski!"
     Wiec zakończono odśpiewaniem pieśni: "Jeszcze Polska nie zginęła" 

     Na dzień 2 grudnia 1918 r. zaplanowano  w Wolsztynie zjazd niemieckich rad ludowych. 
     Dokładnie dzień później, 3 grudnia 1918 r. rozpoczął obrady polski Sejm Dzielnicowy w Poznaniu zorganizowany przez Komisariat Naczelnej Rady Ludowej. Jego obrady trwały do 5 grudnia 1918 r. Brało w nich udział 1399 delegatów z czego 526 pochodziło z Wielkopolski. Wśród nich byli także delegaci z powiatu babimojskiego (16) wybrani przez Powiatową Radę Ludową. Sejm uchwalił kilka dokumentów precyzujących stanowisko i dążenia ludności polskiej Prus. Dokumenty te stwierdzały, że ludność ta żąda prawa do samookreślenia, do przyłączenia się do odradzającego się na wschodzie państwa polskiego. Jednocześnie wyrażały one swego rodzaju votum nieufności wobec tworzonych w Warszawie pod auspicjami  J. Piłsudskiego naczelnych władz państwowych oraz wyrażały swoje uznanie i poparcie dla rezydującego w Paryżu Komitetu Narodowego Polskiego z Romanem Dmowskim na czele. Sejm nie proklamował oderwania się ziem polskich od Prus, lecz wzywał państwa zwycięskiej koalicji do podjęcia takiej decyzji w traktacie pokojowym, co było jednoznacznym tego poparciem, lecz nie drogą faktów dokonanych, ale decyzją zwycięskich mocarstw. Taka postawa spotkała się z ostra krytyką zarówno ze strony organizacji nacjonalistycznych i władz niemieckich, jak i radykalnych ugrupowań polskich. Owe radykalne elementy w społeczeństwie polskim Wielkopolski organizowały polskie oddziały zbrojne, gromadziły broń i wzywały do postawienia zarówno państw Entanty jak i władz niemieckich przed faktem dokonanym. Przywódcy tych grup zakładali, że czas pracuje na korzyść Niemców, że należy się spieszyć. Byli to z jednej strony przywódcy nielicznej POW Zaboru Pruskiego a z drugiej powracający z frontu oficerowie polscy armii pruskiej.
     Ponadto na sejmie przyjęto uchwałę o Naczelnej Radzie Ludowej jako jedynej legalnej władzy polskiej dla ziem zaboru pruskiego. Radzie tej podporządkowane zostały wszystkie Rady Ludowe w terenie.
     W odpowiedzi na działania strony polskiej podjęte w Poznaniu, 
12 grudnia 1918 r. zorganizowano w tym też mieście zjazd delegatów niemieckich rad ludowych. Wówczas to uchwalono rezolucję potępiającą akcje polskie oraz  powołano niemiecką Centralną Radę Ludową, jednocześnie domagając się pomocy wojskowej ze strony niemieckich władz centralnych.
     Wprawdzie wojan dawno się skończyła, jednak do Wolsztyna cały czas powracali polscy weterani. 14 grudnia 1918 r. przybyli z frontu Polacy udali się w zwartym szyku do kościoła na nabożeństwo. Wszyscy uczestnicy pochodu mieli odznaki narodowe (biało-czerwone kokardy) i niosąc chorągwie o barwach narodowych śpiewali "Kto się w opiekę". W oknach niektórych domostw pojawiły się chorągiewki narodowe. W kościele ks. Zygarłowski wygłosił podniosłe kazanie w którym stwierdził, iż chwila wyzwolenia nadeszła, przestrzegając jednocześnie, iż właśnie teraz należy zachować zimną krew, cierpliwość i rozwagę. 
     Przez cały ten czas Niemcy agitowali za pozostawieniem powiatu babimojskiego w granicach Prus, zbierając podpisy pod petycjami, głównie na wsiach "olęderskich", zamieszkałych w większości przez kolonistów niemieckich. Jednocześnie  niemieccy mieszkańcy niektórych wiosek tworzyli uzbrojone drużyny.
     Działania te nie pozostawały bez odzewu ze strony polskiej. W grudniu z inicjatywy ks. Alfonsa Graszyńskiego, zorganizowany został w Gościeszynie oddział Straży Ludowej. Uzbrojony został on m.in. dzięki poświęceniu i odwadze hrabiny Marii Kurnatowskiej, która mimo rozstawionych niemieckich posterunków, przewiozła z Wolsztyna do Gościeszyna karabiny, pochodzące od Rady Robotniczo-Żołnierskiej Buszkiewicza. 

     27 grudnia 1918 r. wybuchło powstanie. Akcja zbrojna strony polskiej nie doszłaby do skutku gdyby władze centralne Rzeszy zezwoliły na kontynuowanie demokratycznych procesów podjętych na początku listopada 1918 r. Tymczasem władze te podjęły zdecydowane kroki celem likwidacji rewolucji i dążeń odśrodkowych tak w Wielkopolsce jak i w innych regionach. Akcję ich ograniczał jedynie brak niezbędnych sił do natychmiastowego stłumienia rewolucji i polskiego ruchu narodowego. Mimo tych ograniczeń już od połowy grudnia 1918 r. podejmowały one systematyczne dążenia zmierzające do ograniczenia wpływów i działań rad robotniczych i żołnierskich oraz polskich rad ludowych; do Wielkopolski kierowano coraz to nowe oddziały ochotnicze o tendencjach nacjonalistycznych. W drugiej połowie grudnia 1918 r. starcie między ruchem polskim i kontrrewolucją niemiecką stawało się nieuniknione.  Ostatecznie do starcia tego doszło 27 grudnia 1918 r. podczas manifestacji zorganizowanej na cześć przybyłego do Poznania I.J. Paderewskiego, udającego się do Warszawy celem powołania nowego rządu. Wybuch walk miał więc charakter przypadkowy; sam w sobie był jednak nieunikniony i gdyby nie doszło doń z tej okazji nastąpiłoby to w najbliższej przyszłości.
     Wybuch walk w Poznaniu i rozszerzanie się ich zasięgu na całą Wielkopolskę doprowadziły do  ściągania wojsk niemieckich na zagrożone terent.




Ks. Alfons Graszyński
proboszcz z Gościeszyna

     W dniu 31 grudnia 1918 r. do Wolsztyna przybyły dobrze uzbrojony oddział Grenzschutzu pod dowództwem von Frankenberga, które zakwaterował się w gmachu Seminarium Nauczycielskiego (obecny budynek L.O.). Wkrótce niemieckie oddziały obsadziły ważniejsze punkty w mieście, m.in. dworzec i pocztę. Po dwie armaty ustawiono przy figurze dworcowej i na dziedzińcu seminarium. Oddziały niemieckie patrolowały miasto, przeprowadzały rewizje w poszukiwaniu broni, m.in. w pałacu i w kościele. 
     Przybycie wojsk Grenzschutzu do Wolsztyna oraz działania przez nie tu podjęte spotkały się z niezadowoleniem ludności polskiej. W efekcie trwających cały dzień gorączkowych obrad Rady Ludowej, podjeto decyzje o wysłaniu do Berlina i Głogowa deputowanych z prośbą, aby nie przysyłać do miasta Grenzschutzu, który tylko podsyca i tak już napięta sytuację. Obecny na zebranie Rady Ludowej ks. proboszcz Graszyński z Gościeszyna oświadcza, iż obawy przed wojskami Grenzschutzu są nieuzasadnione, gdyż dysponuje on tyloma ochotnikami i taką ilością broni, że w każdej chwili może podjąć walkę z Niemcami i, że nie pozwoli żadnemu żołnierzowi Grenzschutzu przejść przez Gościeszyn. Płomienne i stanowcze przemówienie ks. Graszyńskiego podbudowało Polaków na duchu do tego stopnia, że jeszcze tego samego dnia zamierzali przeprowadzić akcję zbrojną przeciwko Niemcom. Dzięki namową ks. Graszyńskiemu udało się jednak ich od tego zamiaru powstrzymać.
     Mimo tego już 1 stycznia 1919 r. oddziały ks. Graszyński obsadziły Gościeszyn i okolice. Przez cały ten czas w szeregi powstańców zgłaszali się ochotniczo miejscowi robotnicy folwarczni.
     W dniu 2 stycznia 1918 r. do Grodziska przybył por. Kazimierz Zenkteler, mianowany przez Dowództwo Główne Komendantem V Okręgu Wojskowego, obejmującego powiaty: Międzyrzecz, Grodzisk, Nowy Tomyśl, Babimost, Śmigiel, Kościan  i Leszno.




Kazimierz Zenkteler w samochodzie 
przed świetlicą żołnierską w Grodzisku

     3 stycznia 1919 r. odbyło się ostatnie posiedzenie wolsztyńskiej Rady Ludowej. Zgromadzeni w ochronce Sióstr Miłosierdzia wysłuchali sprawozdania z wyniku obrad Rady Ludowej w Grodzisku. 
      Wkrótce dowództwo Grenzschutzu zażądało rozwiązania żołnierskiej Rady Żołnierski-Robotniczej. Sprzeciwiające się temu p. Buszkiewicz, został najprawdopodobniej aresztowany, jednak zdołał zbiec.
     Tego samego dnia - 3 stycznia 1919 r. - Stanisław Siuda na czele 40-osobowego oddziału wyruszył z Grodziska w kierunku Rakoniewic.  jego grupa dysponowała wówczas zaledwie dwoma lekkimi i jednym ciężkim karabinem maszynowym. Podczas marszu do oddziału przyłączyli się ochotnicy z okolicznych miejscowości, m.in. z Ruchocic i Gnina. 
     Bezpośrednio przed atakiem na Rakoniewice Siuda dokonał podziału oddziałów na dwa pododdziały. Pierwszy z nich poruszał się wzdłuż toru kolejowego z zamiarem ataku na miasto od strony dworca, drugi natomiast zamierzał dokonać frontalnego natarcia. Zaskoczeni akcja Polaków Niemcy nie podjęli twardego oporu i po oddaniu kilku strzałów, pospiesznie wycofali się w kierunku Rostarzewa.
      Sukces ten i opanowanie Rakoniewic znacznie wzmocniło oddziały Siudy. Wkrótce z Gościeszyna, Wielichowa, Wilkowa i samych Rakoniewic zgłosili się liczni ochotnicy, którzy zasilili wojsko Siudy do tego stopnia, iż jego liczebność wzrosła do 400 osób. Niestety uzbrojenie pozostawało cały czas mizerne. Poza posiadanymi wcześniej ciężkim karabinem i dwoma lekkimi, jedynie 30% oddziału uzbrojona była w karabiny ręczne. Pozostali posiadali jedynie broń myśliwską, widły, siekiery itp.
      W tym samym czasie (3 stycznia 1919 r.) ks. Graszyński otrzymał polecenie przybycia na zebranie Rady do Grodziska. W drodze zatrzymał go posłaniec druh Dobski  z Gościeszyna, niosąc wiadomość o rozpoczęciu walk pod Rakoniewicami. Proboszcz powrócił więc do Gościeszyna, skąd jeszcze tego samego dnia silny oddział powstańczy, pod dowództwem jego brata Dr Romana Graszyńskiego (późniejszego starosty wolsztyńskiego) wyruszył na pomoc Rakoniewic. Przybyły tam też oddziały z Wielichowa, Świętna i Grodziska wzmacniając oddziały Siudy. 
     W nocy z 3 na 4 stycznia 1919 r. do Rostarzewa Niemcy ściągnęli silny, 200-osobowy oddział wsparty przez licznych niemieckich kolonistów. Wiedząc o tym i spodziewając się kontrataku ze strony Niemiec Siuda zabezpieczył miasto Rakoniewice z czterech stron, wystawiając liczne patrole. 




Stanisław Siuda

     Przewidywania Siudy sprawdziły się. Następnego dnia, 4 stycznia 1919 r. Niemcy przeprowadzili zmasowany atak na pozycje powstańcze w Rakoniewicach. Wsparci czterema ciężkimi karabinami maszynowymi i lżejszą bronią wojsko niemieckie osiągnęło początkowo sukces dochodząc do granic miasta. Brawurowy kontratak oddziałów powstańczych odrzucił jednak wojska Niemców, którzy ścigani byłi przez powstańców jeszcze przez kilka kilometrów. Ostatecznie zatrzymali się w Rostarzewie.
     Jeszcze 4 stycznia 1919 r. do Rakoniewic dotarły oddziały Zenktelera, twórcy planu zdobycia Wolsztyna. Wykorzystując sprzyjającą  atmosferę panującą  w oddziałach powstańczych podjął on decyzję o przedłużeniu uderzenia i przeprowadzeniu ataku na Wolsztyn. Liczące wówczas już 800 osób oddziały powstańcze otrzymały dodatkowe zaopatrzenie z Poznania, m.in. dwa ciężkie karabiny maszynowe oraz 300 karabinów. 
      W Gościeszynie utworzono w tym czasie dwa oddziały, składające się ze "Sokołów", z których jeden pod dowództwem Dr Graszyńskiego uderzyły na Rostarzewo, a drugi dołączając do oddziałów Zenktelera wyruszył w kierunku Wolsztyna. Po drodze dołączył do nich oddział Ferdynanda Fiebig’a z Adamowa. 



[ k l i k n i j   a b y   p o w i ę k s z y ć ]

Działania powstańcze w zachodniej części Wielkopolski 
w grudniu 1918 r. i na początku stycznia 1919 r.

      Tymczasem w Wolsztynie wobec obecnych w mieście znaczących sił Grenzschutzu Polacy nie podejmowali żadnych akcji zbrojnych, oczekując nadejścia pomocy. Niemcy tymczasem pod dowództwem von Kleista wydali odezwę do mieszkańców miasta, wzywając ich do wydania wszelkiej posiadanej broni. Jednocześnie wzmocniono patrole, karabinami maszynowymi obsadzono pocztę, browar Bloensa i mleczarnię, organizowano demonstracyjne przejazdy na wozach przez miasto rozwożąc broń po okolicznych wioskach niemieckich, robiono próbne strzelania karabinami maszynowymi nad Jeziorem Berzyńskim. Działania te miały zniechęcić Polaków do jakichkolwiek wystąpień zbrojnych. 
     Oddziałami niemieckimi kierowali oficerowie pochodzący z Wolsztyna, jak major Nessler, ppor. Jaeckel oraz Vater z Karpicka. Z ich polecenia od strony wschodniej i południowej miasto zostało otoczone łańcuchem posterunków. Część niemieckich oddziałów, pod dowództwem ppor. Jaeckel’a wyruszyła na odsiecz Niemcom w Rostarzewie i Rakoniewicach. Wkrótce jednak oddziały te pod naciskiem Polaków cofnęły się z powrotem, wracając do swych pozycji wyjściowych.

     Wczesnym świtem 5 stycznia 1919 r. Skibińskiego powiadomił ks. proboszcz Graszyński o mającym się rozpocząć powstańczym ataku na miasto. Natychmiast pobudzono powstańców z terenu miasta i postawiono ich w stan najwyższej gotowości. Między godziną 6.00 a 6.30 pod Wolsztyn od strony południowej dotarły oddziały powstańcze z Wielichowa, Kościana, Stęszewa, Wielkich Łąk, Kamieńca, Krzywinia, Gościeszyna, Wilkowa Polskiego i Adamowa w sile około 300 ludzi pod dowództwem ppor. Zenktelera. Stanowiły one jedną z trzech grup biorących udział w akcji na Wolsztyn. Oprócz w/w oddziałów w ataku wzięły udział również oddziały z Obry i okolic dowodzone przez Nikodema Wojtkowiaka, które nacierały od zachodu, odcinając ewentualny odwrót nieprzyjaciele. Ponadto do akcji wolsztyńskiej włączone zostały również siły z Rakoniewic i Grodziska, dowodzone przez ppor. Stanisława Siudę. Ich zadaniem miało być zdobycie Rostarzewa a następnie nacieranie na Wolsztyn od strony wschodniej i północnej. Niestety jednak w rejonie Rostarzewa Niemcy stawili silniejszy opór niż się spodziewano, co w efekcie zatrzymało marsz oddziałów ppor. Siudy, które nie wzięły ostatecznie udziału w boju o Wolsztyn, wcześniej wyzwolony. 



[ k l i k n i j   a b y   p o w i ę k s z y ć ]

Walki o Wolsztyn i Rostarzewo (5 I 1919 r.)

     Podczas gdy oddziały ppor. Siudy starały przebić się do Wolsztyna, wojska  K. Zenktelera wkroczyły do miasta i bez większego oporu zajęły wschodnią jego część, w tym m.in. część ulicy Babia Góra (obecnie Dr Kocha). Na znacznie większy opór natrafiono natomiast na ulicy Poznańskiej, gdzie od strony jeziora Niemcy zabarykadowali się i prowadzili ostrzał nadciągających oddziałów polskich. Opór ten niebawem został jednak złamany, w efekcie czego powstańcy zajęli Rynek, ulicę Kościelną oraz ulicę 5 Stycznia aż do kościoła ewangelickiego (skrzyzowania z ulicą Biała Góra). Było około godziny 9.00. 
     Na balkonie zdobytej księgarni Scholtza przy ul. 5 Stycznia powstańcy ustawili karabin maszynowy i stąd ostrzeliwali Niemców w zachodniej części miasta. Jej zdobycie było znacznie trudniejsze ze względu na fakt, iż zamieszkana była ona prawie wyłącznie przez ludność pochodzenia niemieckiego oraz koncentrowały się w niej znaczne siły niemieckie. Ponadto żołnierze Grenzschutzu zajmowali bardzo dobre stanowiska oraz dysponowali znacznymi zapasami broni i amunicji, w tym czterema armatami. W efekcie kilkugodzinne walki, w których wysławił się idący na czele swych drużyn sędziwy już druh Nawrocki z Polskiego Wilkowa, nie przyniosły żadnych rezultatów. Podczas starć zginął pierwszy bohater o wolność Wolsztyna - Antoni Przybylski z Jurkowa, śmiertelnie trafiony u wylotu dzisiejszej ulicy Rzecznej. Zginął on prawdopodobnie z rąk jednego z żołnierzy Grenzschutzu, choć niektórzy twierdzą, że za spust pociągnął niemiecki pastor.
     Głównym zadaniem powstańców, w toku trwających walk, stało się unieszkodliwienie niemieckiego karabinu maszynowego, znajdującego się na balkonie poczty. W tym celu grupa powstańców, zająwszy pozycje na cmentarzu ewangelickim (obecny cmentarz oficerów radzieckich) podjęła ostrzał budynku poczty, który nie przyniósł jednak oczekiwanych rezultatów. Prawdopodobnie podczas tego ostrzału poległ w pobliżu dzisiejszego budynku Policji major Fritz Nessler, choć istnieje także wersja, iż został on zabity z zemsty kulami swych podległych, za zwymyślanie ich od tchórzy. 
     Niemcy nie pozostawając dłużnym wobec powstańców, prowadzili armatni ostrzał miasta, głównie zaś domu Machoy’a (budynek na narożniku ulic 5 Stycznia i Roberta Kocha) gdzie pocisk zrobił olbrzymi wyłom. Poczta pozostawała nadal w niemieckich rękach. W tej sytuacji próbę zdobycia jej budynku na własną rękę podjęło pięciu powstańców: Czesław Kaczmarek, Władysław Kaczmarek, Władysław Hofmann, Weychan i Aleksander Krawczyk z Niałka. Do piątki śmiałków, jak podają niektóre źródła, dołączył 16-letni Bronisław Jastrząb. Dysponując zaledwie jednym pistoletem, zamierzali oni podejść pod pocztę od strony zachodniej i z zaskoczenia zaatakować Niemców, licząc na to, iż zdezorientowani żołnierze pruscy nie podejmą walki i uciekną. Niemcy zauważyli jednak przekradających się ogrodami za Dojcą i otworzyli do nich ogień karabinowy. Powstańcy zmuszeni zostali więc do wycofania się i szukania schronienia. Czesław Krawczyk ukrył się w pobliskim domku drogerzysty Sierżyńskiego, stojącym w ogrodzie za pocztą. Pozostali uczestnicy wyprawy dostali się natomiast do niewoli. Wkrótce po tym, Krawczyk, mimo ostrzeżeń Sierżyńskiego, podjął próbę przedostania się z wiadomością o walkach do Chorzemina. Gdy znajdował się na torach kolejowych, został dostrzeżony przez patrol niemiecki, który otworzył do niego ogień z mostu. Raniony w nogę pan Krawczyk trafił do niemieckiego szpitala wojskowego mieszczącego się  w obecnym gmachu LO.




Stanisław Tomiak
dowódca kompanii wolsztyńskiej

     Strzały na ulicach Wolsztyna przestraszyły niemieckich mieszkańców miasta. To właśnie z ich inicjatywy Grenzschutz podjął z powstańcami rozmowy rozejmowe. Do spotkania parlamentariuszy obu stron doszło na mostku obok kowala Eckerta. Ze strony polskiej jako parlamentariuszy wysłano: burmistrza Lacknera, Dr Kallmanna oraz reprezentującego oddziały powstańcze porucznika Stanisława Tomiaka. Grenzschutz reprezentowany był natomiast przez por. Frankenberga i Vatera z Karpicka oraz dwóch żołnierzy. W wyniku tego spotkania podjęto decyzję o zawieszeniu broni i kontynuowaniu rozmów mających doprowadzić do ostatecznego rozwiązania konfliktu. Dalsze pertraktacje prowadzone były w lokalu Machoy'a. Strona polska reprezentowana była m.in przez p. Zenktelera i ks. dziekana Zygarłowskiego. Ponadto, obok dowództwa obu stron, obecni byli tam także przedstawiciele Polskiej Rady Ludowej i Niemieckiej Rady Ludowej. Podczas obrad, trwających około pięciu godzin strona niemiecka zażądała natychmiastowego zaprzestania walk i złożenia broni. Spotkało się to oczywiście ze zdecydowaną odmową Polaków. Jednocześnie, podczas trwania rozmów, strona niemiecka telefonicznie wezwała posiłki z Nowej Soli i Sulechowa. Oczekując na ich nadejście pertraktacje przedłużane były przez dowództwo Grenzschutzu w nieskończoność. Zniecierpliwiony brakiem efektów narad K. Zenkteler postawił Niemcom ultimatum, dając do namysłu 5 minut, albo strona niemiecka pójdzie na ustępstwa, albo walki rozpoczną się ponownie, a to, biorąc pod uwagę fakt, iż w drodze do Wolsztyna jest już około 5 tysięcy powstańców, będzie rozwiązaniem niekorzystnym dla oddziałów Grenzschutzu. Zdecydowanie polskiego dowództwa poskutkowało - Niemcy ustąpili. Ostatecznie, zawarty układ przewidywał, iż obie strony - zarówno wojska Grenzschutzu jak i oddziały powstańców - opuszczą wraz z bronią miasto i powiat. Ponadto punkt 6 porozumienia przewidywał przestrzeganie w przyszłości zasady w myśl której powiat babimojski nie będzie obsadzany w przyszłości ani przez oddziały polskie, ani przez oddziały niemieckie. 

Tekst porozumienia zawartego 5 stycznia 1919 r. w Wolsztynie

Zawiera się nastepująca ugodę:

1. Załoga polskiej straży ludowej opuszcza natychmiast dzisiaj miasto 
   Wolsztyn; zaś jutro dnia 6 stycznia opuszcza takowa powiat babimojski.
2. Załoga Heimatschutzu Wolsztyna opuszcza równiez powiat babimojski 
   w dniu 6 stycznia.
3. Magistrat i reprezentacya miasta Wolsztyna utworzy sie w przeciagu 8 dni
   parytetycznie.
4. Landratowi, jako przewodniczącemu wydziału powiatu, przydaje się ze 
   strony niemieckiej rady ludowej i ze strony polskiej rady ludowej po 
   jednym członku jako doradcę, którzy są uprawnieni o wszystkich 
   sprawach powziąść wiadomość i kontrasygnować.
5. Wszelkie ogłoszenia będą w niemieckim i polskim języku wydane.
6. Obie strony przyrzekają na przyszłość o to się starać, aby powiat 
   babimojski ani załogą Heimatschutzu ani polską strażą ludową nie 
   został obsadzony.

Podpisy:
von Lucke - Landrat, Lackner - Burgermeister (Burmistrz), 
von Frankenberg - Oberleutnant Ulanen-Regt. 10 Heimatschutz Wollstein, Zenkteler - Komendant, Scholz - Beigeordneter, Drechsier - Pastor, Zygarłowski - Proboszcz, dr Kallmann, dr Markwitz, W. Skibiński, 
Z. Perkowski, 

Porozumienie to wydaje się być niekorzystne dla strony polskiej, gdyż hamowało ono rozwój całego powstania i umożliwiało Niemcom ściągnięcia posiłków.

     W tym czasie, gdy w Wolsztynie trwały polsko-niemieckie pertraktacje, do miasta przez Stary Młyn i Karpicko zbliżali się powstańcy z Obry, Kiełkowa, Jażyńca, Żodynia, Siedlca, Kiełpin, Chorzemina oraz z dalszych stron. W większości oddziały te uzbrojone były tylko w kije, widły i kosy, choć udało się im zdobyć niewielkie ilości broni, głównie na Niemcach, podążających w kierunku Wolsztyna. Tak było m.in. w Karpicku, gdzie Niemcy rozbrojeni zostali przez oddziały Jana Tomiaka. Podobna sytuacja zaistniała w Widzimiu Starym, gdzie Polacy z Wroniaw rozbroili kolonistów i ze zdobytą bronią podążali w kierunku Wolsztyna.

     W okresie, gdy Niemcy oczekiwali nadejścia do Wolsztyna posiłków, na torach kolejowych w pobliżu Kiełkowa, rozegrała się scena, która z całą pewnością zadecydowała o losie dalszych walk w mieście. Bohaterami tych wydarzeń byli mieszkańcy Kębłowa, Żodynia i Kiełkowa.
     Pociąg z niemieckimi posiłkami wyjechał z Sulechowa. Grupa Polaków, w skład której wchodzili: Franciszek Bordych, Jan Żok, Jan Żok II, Franciszek Miśko, Franciszek Tomys i Marcin Śmiałek, postanowiła, w celu niedopuszczenia do Wolsztyna nadciągających oddziałów Grenzschutzu, rozkręcić tory kolejowe. Franciszek Bordych udał się do kuźni swojego ojca, skąd zabrał  klucz do rozkręcania szyn oraz nożyce do przecinania drutów, po czym wszyscy razem udali się w stronę toru kolejowego, przecinającego północną część kiełkowskich pól. Po drodze grupa odważnych postanowiła, iż rozkręcą tory w odległości około 150 metrów na wschód od drogi prowadzącej z Kiełkowa do Siedlca.
     Gdy przecięli druty telefoniczne i zaczęli rozkręcać szyny, na stacji Żodyń pojawił się wolno jadący w stronę Wolsztyna pociąg. Niemcy (w pociągu znajdowała się piechota) widząc grupę ludzi kręcących się przy torach zatrzymali pociąg w okolicy lasku na zachód od drogi w odległości około 300 metrów od  rozkręcających szyny i otworzyli do nich ogień z karabinów maszynowych. Nie mając broni powstańcy wycofali się i wykorzystując osłonę terenu, dotarli do zabudowań wiejskich. Niemcy zresztą nie podjęli pogoni za uciekającą  grupką.
      Pociąg ruszył i ubezpieczany przez niemiecki patrol idący wzdłuż torów, powoli posuwał się po torze. W ten sposób Niemcy dotarli do miejsca uszkodzenia toru. Naprawa zajęła im około godziny. 
      W okresie gdy Niemcy naprawiali uszkodzony tor, powstańcy z Kiełkowa zawiadomili o zbliżającym się niebezpieczeństwie powstańców z Powodowa, którzy nie chcąc być gorszymi również rozkręcili szyny w lesie obok polowej stodoły majątku Powodowo. 
      Niemcy naprawiwszy szyny w Kiełkowie powoli, obawiając się wykolejenia pociągu, ruszyli dalej. Gdy dotarli do miejsca rozkręcenia torów w Powodowie była godzina 15.30. Powoli zapadał zmrok. W tej sytuacji, oddziały niemieckie zaniechały dalszych prób dotarcia do Wolsztyna i pieszo rozpoczęły odwrót w kierunku Sulechowa. Pozostawiony na torze pusty pociąg dostał się w ręce powstańców i został przetransportowany do Wolsztyna.
      Na tym kłopoty Niemcow jednak się nie skończyły.Na skraju wsi Żodyń maszerujące w kierunku Sulechowa oddziały niemieckie zostały zaatakowane przez dwóch (!) mieszkańców Żodynia - Józefa Klemke (dawnego pruskiego policjanta) i Koziołka. Klemke dysponując tylko pistoletem, energicznym głosem wezwał z ukrycia Niemców do złożenia broni, gwarantując im w zamian darowanie życia i bezpieczny powrót do Sulechowa. Mocno wystraszeni Niemcy, bez wahania złożyli broń i szybkim krokiem pomaszerowali do Sulechowa. W zdobyte w ten sposób karabiny uzbrojeni zostali mieszkańcy Żodynia i Kiełkowa.




Kopanicki przyczółek powstańców

      Zaopatrzeni w broń powstańcy z Kiełkowa i Żodynia po krótkiej naradzie, chcąc wesprzeć powstańców w mieście, ruszyli w kierunku Wolsztyna. Dotarli jednak tylko do szosy między Obrą a Wolsztynem (rejon tzw. Zimnych Kątów), gdzie zatrzymały ich oddziały powstańcze z Obry, wracające z Wolsztyna do swej wsi, w celu jej zabezpieczenia przed ewentualnym atakiem wojsk niemieckich. Od tych też oddziałów śmiałkowie z Żodynia i Kiełkowa dowiedzieli się o tym, iż sytuacja w Wolsztynie została już opanowana i idąc za radami kolegów z Obry, powrócili do Kiełkowa, aby zgodnie z zaleceniami wystawić na wszystkich drogach prowadzących do wsi patrole i czujki. Wartownia powstańcza mieściła się przez kilka dni w domu Jana Żoka.




Posterunek powstańczy na moście w Kopanicy

      Tymczasem na rynku w Wolsztynie zgromadziło się około 1000 powstańców, oczekukjących rezultatu prowadzonych pertraktacji. Po zakończeniu obrad na rynek przybył również K. Zenkteler, który z samochodu ogłosił warunki ugody i wezwał powstańców do podporządkowania się tym decyzją. Rozczarowane warunkami porozumienia oddziały powstańcze z Wielichowa, Kościana i Krzywina, chcąc nie chcąc podporządkowując się podjętym decyzjom, rozpoczęły odwrót w kierunku Komorowa. W tym czasie od strony Grodziska przybyły na rynek nowe, dobrze uzbrojone oddziały. Wśród przybyłych i wycofujących się powstało zamieszanie, które jeszcze bardziej spotęgowało niezadowolenie. Padły nawet, jak niektórzy twierdzą, okrzyki "Zdrada!".
      Wtem z zachodniej strony miasta dobiegł powstańców odgłos strzału karabinu ręcznego, który stał się hasłem do ponownej walki. Kto i dlaczego strzelał - tego nie wiemy. Często winą za zerwanie porozumienia obarcza się stronę niemiecką. Biorąc jednak pod uwagę fakt, iż zawarte porozumienie było bardziej korzystne dla Niemców niż Polaków, oraz, że oddziały Grenzschutzu były kompletnie zaskoczone ofensywą powstańców - do tego stopnia, iż szybko zaczęły wycofywać się z zajmowanych pozycji - prawdopodobieństwo zdrady ze strony niemieckiej wydaje się niewielkie, co oczywiście nie wyklucza takiej możliwości. Wszystko mogło być przecież kwestią przypadku, czy też osobistych porachunków. W swoich wspomnieniach Stanisław Tomiak pisze, iż w jego przekonaniu strzał oddany został przez nieumiejętne obchodzenie się z bronią jednego z powstańców.
     Polska ofensywa okazała się bardzo skuteczna. W jej wyniku część żołnierzy niemieckich, w tym m.in. Frankenberg i Vater z Karpicka, dostała się do niewoli, pozostali natomiast, pod dowództwem von Kleistema wycofali się aż do Sulechowa, gdzie przygotowywano się już do dalszej ewakuacji. Powstańcy opanowali tymczasem szpital wojskowy, znajdując tam około 500 karabinów i większą ilość amunicji. Zdobyto także 4 armaty, które jednak okazały się zagwożdżone i przez to bezużyteczne. Stanisław Tomiak pisze tylko o jednej porzuconej przez Niemców armacie, która stała w rejonie dworca kolejowego.
     Po opanowaniu miasta powstańcy ponownie zebrali się rynku. Dysponowali wówczas już nieco lepszym uzbrojeniem w tym armatą. Z armatą było jednak dużo kłopotu, gdyż była ona prawdopodobnie naładowana pociskiem, a nie było w szeregach powstańczych altylerzysty, który wyjaśniłby tę niepewność.

     Oddziały powstańców z Obry i okolic przeszukały wszystkie niemieckie wioski aż do Kopanicy, odbierając mieszkańcom broń.

      Po opanowaniu miasta przez oddziały powstańcze K. Zenkteler przekazał dowództwo i władzę w mieście Perkowskiemu, pełniącemu funkcję przewodniczącego Rady Ludowej, a sam opuścił Wolsztyn, udając się na inny front. 

P I E R W S Z E   D N I   W O L N O Ś C I

     Po zdobyciu miasta 6 stycznia 1919 r. Wolsztyn znalazł się w dość dziwnym i niejasnym położeniu. Z jednej strony miasto zostało wyzwolone - niemieckie oddziały wycofały się z miasta, z drugiej jednak strony wiele ważnych instytucji, takie jak Starostwo, Poczta czy Kolej pozostawały nadal w rękach niemieckich. Taka sytuacja spowodowana była brakiem odpowiedniego zorganizowanego kierownictwa, które zaprowadziłoby rządy silnej ręki. Władze w Poznaniu natomiast, zajęte wypadkami na froncie północnym, pozostawiły Wolsztyn własnemu losowi. Tymczasem pozycja miasta stawała się coraz bardziej skomplikowana.




W szpitalu powstańczym w Wolsztynie 1919/20

      W sytuacji braku zainteresowania władz poznańskich położeniem Wolsztyna i realnego zagrożenia kontratakiem ze strony niemieckiej, podjęte zostały rozmowy z Niemcami. W tym celu polscy przedstawiciele z Wolsztyna dwukrotnie udawali się do landrata w Sulechowie celem wytłumaczenia się z faktu przepędzenia oddziałów Grenzschutzu z miasta. Rozmowy ten nie dały jednak rezultatów. Polska delegacja nasłuchawszy się pogróżek ze strony niemieckiej powróciła z kwitkiem do Wolsztyna.
      W tej jakże krytycznej dla dalszych losów miasta chwili, na zebraniu zwołanym przez księdza proboszcza Graszyńskiego w Rakoniewicach, z udziałem wielu poważnych osobistości, podjęta została decyzja wysłania do Wolsztyna oddziałów pod dowództwem niejakiego Bobkiewicza. Ponadto podjęto uchwałę o przejęciu władzy w mieście przez Dr Graszyńskiego, Donaja i Szyftera. 




Polowy szpital powstańczy w Wolsztynie
(gmach obecnego liceum)

     Już 7 stycznia 1919 r. wojsko Bobkiewicza wkroczyło do miasta obsadzając pocztę i dworzec. Jego przybycie spotkało się jednak ze zdecydowanym sprzeciwem zamieszkałej tu ludności polskiej, która obawiając się reakcji ze strony niemieckiej i argumentując swoją postawę faktem wysłania delegacji do Sulechowa, celem zawarcia ugody, zażądała opuszczenia miasta przez nowoprzybyła oddziały. Tak też się stało. Bobkiewicz wraz z powstańcami opuścił Wolsztyn i udał się do Gościeszyna.

      W tej sytuacji na zebraniu Rady Ludowej w Grodzisku podjęto decyzja o wysłaniu porucznika Siudy w towarzystwie byłego starosty grodziskiego - Skoczyńskiego i innych osobistości do Wolsztyna w celu objęcia władzy oraz komendy. Przybyszy do miasta udali się oni bezpośrednio na trwające obrady wolsztyńskiej Rady Ludowej, żądając podpisania zezwolenia na internowanie wielu ważnych Niemców, mieszkających w Wolsztynie. Zebrani członkowie rady, w obawie o reakcje wojsk niemieckich sprzeciwili się temu. Wkrótce jednak na zebranie Rady przybywa pan Tundak z wiadomością, iż otrzymał właśnie list od pana Korzeniowskiego, administratora Chobienic, w którym ten informuje, iż w Zbąszyniu internowano kilku Polaków z powodu zaginięcia pewnego niemieckiego chłopaka i grożą im rozstrzelaniem. Dalej w liście Korzeniowski zwraca się o szybką pomoc dla internowanych. Równocześnie ze Zbąszynie przybyło do Wolsztyna trzech Polaków w celu zawiadomienia pana Kobierzyńskiego, że pomiędzy internowanymi znajduje się jego brat oraz Dr Konopiński. W tej sytuacji Kobierzyński przybywa również na zebranie Rady Ludowej, domagając się kontrakcji. 
      Wiadomość ta niewątpliwie wywarła olbrzymie wrażenie na zebranych, którzy pod jej wpływem prawie jednogłośnie (2 osoby wstrzymały się) podpisali decyzję o internowaniu Niemców. 
      Uzyskując zgodę, Siuda natychmiast przystąpił do internowania Niemców. Do pomocy zgłosił się dobrowolnie  Franciszek Ceglarek. Jednocześnie wysłano do dowódcy Grenzschutzu w Zbąszyniu gońca z wiadomością, iż w Wolsztynie, w odpowiedzi na działania niemieckie, aresztowano licznych Niemców, pomiędzy którymi znajduje się również kantor Remus, ojciec dowódcy Grenzschutzu w Zbąszyniu, i że za jednego rozstrzelanego Polaka rozstrzelanych będzie 10 Niemców. Ostatecznie strona niemiecka ustąpiła - Polacy nie zostali rozstrzelani, a Remus złożył w Zbąszyniu dowództwo. 

      Przy współpracy m.in. ks. Siudy, Dr Graszyńskiego, ks. Różyckiego, pana Bobkiewicza i pana Tundaka, ppor. Siuda rozpoczął organizowanie polskiej administracji powiatu. Z jego polecenia utworzona została kompania wolsztyńska pod dowództwem ppor. Stanisława Tomiaka, rakoniewicka dowodzona przez sierżanta Żaka, stęszewska na czele z ppor. Szyfterem, wielichowska pod ppor. Scześniakiem i Bobkiewiczem, wielkołęcko-kamienicka dowodzona przez ppor. Eckerta oraz wilkowska podlegająca Nowrockiemu. Do zgrupowania wolsztyńskiego zaliczono także drużyny z Kębłowa i Obry dowodzone przez Wojtkowiaka i Ankiewicza, oraz z Chobienic pod Kudlińskim. Wojska te spełniały rolę patroli, docierających aż do Sulechowa, Kargowej i Babimostu. Ponadto pod komendą Stanisława Musiała i Franciszka Przymuszały utworzono Straż Obywatelską, składającą się z ochotników - głównie ludzi starszych, która pełniła służbę przez 3 tygodnie. Obsadzony został równiez cały front na odcinku Wroniawy - Obra - Chobienice.
      Na czele administracji powiatu jako starosta stanął Dr Graszyński. Porucznik Bobkiewicz objął komendę miasta, Dr Markwitz szpital wojskowy, Starszyński kolej, Franciszek Ceglarek pocztę, Buszkiewicz intendenturę, natomiast panowie Tundak i Ryszkowski kontrolowali kasę.
      Odbudowa polskiej administracji w Wolsztynie natrafiła jednak na pewne przeszkody, wynikające przede wszystkim z faktu dużej liczebności zgrupowania wolsztyńskiego, liczącego kilkaset osób. Oto bowiem powstańcy, zadawalający się do tej pory aprowizacją zażądali teraz również wypłacania żołdu, grożąc w razie odmowy konsekwencjami(Dulat). Stanisław Siuda został więc postawiony przez żołnierzy w bardzo kłopotliwej sytuacji, którą ostatecznie ratuje p. Tundak, przeznaczając na cele żołdu wszystkie swe oszczędności w gotówce, równe około 100 000 marek. Należy wspomnieć tu również o pomocy hrabiny Kurnatowskiej, która przez miesiąc utrzymywała drużynę z Gościeszyna, a także o wsparciu jakie udzieliła powstańcom polska ludność miasta.
      Zupełnie inaczej sytuację aprowizacyjnej powstańców przedstawia Joachim Benyskiewicz, który wspomina, iż powstańcy często rezygnowali ze skromnego żołdu i wyżej wymieniona sytuacja nie mogła mieć i nie miała miejsca.

     10 stycznia 1919 r. w Grodzisku odbyła się konferencja poświęcona omówieniu dalszej ofensywy w kierunku zachodnim. Wówczas właśnie podjęto zasadniczą decyzję o przeprowadzeniu ataku na Kopanicę. Zdobycie tej miejscowości miało być jedną z podstaw skutecznego uderzenia na Zbąszyń.

      Kompania wolsztyńska dowodzona przez ppor. Stanisława Tomiaka, oraz wielichowska pod dowództwem Szczesniaka otrzymały wkrótce rozkaz podjęcia działań mających na celu wyparcie Niemców z pozostałej części powiatu. 
      Kompania wolsztyńska otrzymała zadanie podążać prawą stroną szosy i zająć zachodnią część Kopanicy, natomiast oddziały Szcześniaka miały przejść przez Jaromierz, a następnie uderzyć od strony południowej. Operacja zdobycia Kopanicy powiodła się. Oddziały Grenzschutzu opuściły miasto porzucając dużą ilość broni i amunicji, która dostała się w ręce powstańców. Parę dni później zdobyto Kargowę i Babimost. Oddziały pod dowództwem sierżanta szefa kompanii wolsztyńskiej - Cieślika z Chorzemina, zdobyto również Nowe Kremsko, gdzie poległ dowódca niemiecki von Kleist, w którego plecaku powstańcy znaleźli kielich i monstrancję skradzioną z kościoła katolickiego w Kremsku Nowym.



[ k l i k n i j   a b y   p o w i e k s z y ć ]

Podział opanowanych terytoriów 
na okregi wojskowe w styczniu 1919 r.

      Miejscowości takie jak: Kremsko, Babimost i Kargowa powstańcy ostatecznie, po ciężkich i zaciętych walkach oddali Niemcom, którzy posunęli się aż do linii Obry, gdzie natrafili na silny opór, którego nie zdołali złamać. Dzięki temu Wolsztyn pozostał w polskich rękach.
      Strona polska podjęła wprawdzie próbę odzyskania tych miejscowości,  a w szczególności Babimostu i w tym celu ściągnięto tu batalion poznański, jednak próba ta zakończyła się porażką.
 

B I B L I O G R A F I A . . .

Benyskiewicz Joachim, Powstanie Wielkopolskie w rejonie wolsztyńsko-babimojskim, [w:] Babimost, Kargowa, Wolsztyn. Z dziejów i współczesności, Lubelskie Towarzystwo Kultury, Zielona Góra 1981.

Czubiński Antoni, Postepowo-rewolucyjne i narodowo-wyzwoleńcze tradycje Wielkopolski, Krajowa Agencja Wydawnicza, Poznań 1983. 

Dulat Stanisław, Historia powstania wolsztyńskiego 1918/19, [w:] Orędownik na powiat wolsztyński, nr 2/1929 r.

Kaczorowski Bogdan, Olejnik Czesław, Żurek Kazimierz, Wolsztyn i okolice. Zeszyt II 1794-1939, Wydawnictwo Urzędu Miasta i Gminy Wolsztyn, Wolsztyńskie Towarzystwo Kultury, Muzeum Regionalne, Wolsztyn 1987.

Krawczyk Aleksander, Jak zdobywaliśmy pocztę, [w:] Głos Wolsztyński,
nr 203, styczeń 1968 r.

Świtalski Leon, Pociąg nie dojechał do Wolsztyna, [w:] Głos Wolsztyński, 
nr 204, styczeń 1969 r. 

Szlakiem Wolności, [w:] Głos Wolsztyński, nr 203, grudzień 1968 r.

Zdjęcia udostępniło Muzeum Regionalne w Wolsztynie.
Mapy pochodzą z opracowania pod redakcją Zdzisława Grota, Powstanie Wielkopolskie 1918-1919, Wydawnictwo Poznańskie 1968
 


Opracował
Maciej Ratajczak

Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie i powielanie bez zgody autora zabronione.